A
A

„Liczył się każdy dzień”

„Liczył się każdy dzień”

Pani ANNA SZAŁAŚNA dwa lata temu gościła w naszej Szkole. Podczas spotkania z młodzieżą opowiadała o swoim pobycie w obozach: Auschwitz-Birkenau i Ravensbruck. Mimo swoich 94 lat ma bardzo dobry kontakt z młodymi ludźmi, z poczuciem misji edukuje kolejne pokolenia.

Zachęcamy do lektury artykułu: Liczył się każdy dzień

Idziemy nr 04/2020

Autor artykułu i fotografii: Katarzyna Kasjanowicz

 

Kiedy wybucha wojna, Anna Szałaśna ma 13 lat. W pierwszych dniach września 1939 r. zostaje poważnie ranna w nogę. Mimo kilkutygodniowego leczenia, w wyniku powikłań traci kończynę.

Adaptuje się błyskawicznie do nowej rzeczywistości, która nie jest łaskawa ani dla niej, ani dla najbliższych. W 1943 r. trafia do więzienia w Tarnowie.

– „Ty jesteś młoda dziewczyna, do szkoły powinnaś iść, a ja cię wyślę do Oświęcimia!” – krzyczał przesłuchujący mnie Niemiec – wspomina dziś Anna Szałaśna. – „No, tam są przecież ludzie, to nie będę sama” – mówię mu. „Masz natychmiast wymienić wszystkie organizacje!” „Sodalicja Mariańska, kółko różańcowe…” – wymieniam same kościelne. Myślałam, że on szału dostanie. – „Nie wiem, co pan chce wiedzieć, ale ja mówię prawdę”.

W czerwcu zostaje skierowana do obozu Auschwitz-Birkenau.

 

POWITANIE

„Idziemy teraz na dworzec kolejowy – usłyszała – Nie wolno się oddalać, nie wolno z nikim rozmawiać, nie wolno podchodzić”.

Maszerują: szesnaście kobiet i trzydziestu mężczyzn. Na chodnikach widzą płaczących ludzi, ale nie rozumieją, dlaczego ludzie płaczą, skoro oni wreszcie wyszli z celi. Mogą oddychać, oglądać drzewa.

Wagon zrobiono z jasnego drewna i przedzielono na dwie części: w jednej kobiety, w drugiej mężczyźni i czterech pilnujących Niemców. Pociąg do Krakowa zatrzymuje się na każdej stacji. Wiele osób stoi z paczkami; mają nadzieję, że spotkają kogoś z rodziny. W końcu wysiadają w Oświęcimiu. Do męskiego obozu jest bliżej. Kobiety czekają.

W którymś momencie podchodzi do nich jeden z Niemców i odzywa się po cichu: „Jeśli jutro będą was pytać, jak zachowywaliśmy się wobec was – nie mówcie prawdy”. – Dlatego, że zachowywali się wobec nas jak ludzie – zaznacza Anna Szałaśna.

 

PASIAKI

Dostała numer 47628.

– Pierwszego wieczoru zapytałam więźniarki, dokąd ludzie idą do pracy. „No, większość to idzie w pole” – ktoś odpowiada. A ja sobie myślę: „Zaraz, zaraz… Jak ja z tą moją protezą będę musiała codziennie ileś kilometrów zrobić, to po tygodniu ona mi się skończy. I ze mną także będzie koniec. Ja nie mogę iść w pole”. Smarkata byłam, miałam niecałe 17 lat, ale myślałam.

– Doznałam też wielkiej solidarności ze strony innych więźniach – dodaje. – Nieraz byłam przez nie osłaniana.

Umiejętność właściwej oceny sytuacji wielokrotnie pomogła jej dokonać właściwego wyboru.

– Była nas niewielka gromada. Dostałyśmy taczki i łopaty – wspomina. – W jednym miejscu kopałyśmy ziemię, nakładałyśmy na taczki, zanosiłyśmy tę ziemię w inne miejsce, wysypywałyśmy i wracałyśmy z powrotem. To trwało przez cały dzień, z przerwą na obiad. A następnego dnia z innego miejsca na jeszcze inne miejsce. Kopanie ziemi, wkładanie na taczki i przenoszenie, nikomu nie było do niczego potrzebne. Miało na celu umęczyć i udręczyć ludzi.

Któregoś razu powiedziano jej, że jest możliwość lżejszej pracy na bloku, gdzie komando ceruje uprane pasiaki. „Idź tam, będziesz pod dachem, na siedząco. Dodatkowo otrzymasz porcję czegoś do jedzenia” – usłyszała. Poszła, ale nie wytrzymała długo.

– Pasiaki, które nam dawano do cerowania, były po tych, którzy pomarli. Były uprane, ale nie mogłam trzymać ich w rękach. No i taki straszny odór z nich się unosił. Były prane w kadzi, przecież nie w pralce. A ja myślałam: „Boże, kto ten pasiak nosił?”. Nie, nie mogłam tego długo robić.

Wróciła.

CHLUPA I CZTERY KROMKI

– Przywieźli kocioł z jakąś zupą – opowiada. – Zdobyłyśmy miski, ktoś tam nam podał, takie czerwone, emaliowane. Tylko że na bloku była jedynie koja. Ani szafy, ani krzesła, ani stolika. Nic.

Jak jeść w takich warunkach? Wieczorem, po apelu cierpliwie wystały w kolejce dzienny przydział jedzenia: cztery cieniutkie kromeczki chleba. Czarnego. Na tym kładziono łyżeczkę margaryny i plasterek marmolady. Ten posiłek dawano bezpośrednio do ręki. – Nie było nawet gdzie położyć tego chleba – wspomina Anna.

Na drugi dzień otrzymywały serek herceński, już bez margaryny. To był przydział żywności na całą dobę, rozdawany wieczorem, po apelu.

– Co z tym zrobić? – pyta Anna retorycznie. – Człowiek był głodny, więc pożerał całość i rano nie zostawało już nic. Rano była tylko „chlupa” do picia. Liczył się każdy dzień.

RÓŻANIEC

Któregoś dnia podchodzi do niej więźniarka. Anna pamięta tylko pasiak.

„Chcesz?” – słyszy. Kobieta w ręku trzyma różaniec. „Jak to, czy chcę? A co ja ci za to dam? Nie mam pieniędzy.” „Ale ja nic nie chcę. Tylko ci to dać. Chcesz?”

Anna myśli: „Jak masz mi dać, to dziękuję”.

– Oczywiście – mówi. Różaniec. Boże święty…

Przejęta wiesza go na szyi i wsuwa pod odzież, żeby nikt nie zauważył, że ma coś osobistego. Czuje dumę.

– Do Oświęcimia przyjechałyśmy w czerwcu, a to był lipiec, może sierpień – wspomina Anna. – Było jeszcze ciepło.

Po drodze do toalety zauważa uchylone drzwi. Zastanawia się, czy jest tam woda. Chce się umyć. Popycha delikatnie drzwi i widzi, że wewnątrz nikogo nie ma. „Ojej, jest woda, mogę się umyć!” – chce wołać.

Ściąga pasiak i koszulę. Rzuca obok siebie na ziemię. Na końcu zdejmuje różaniec i wiesza go na kranie. „Och, jak dobrze!” – myśli, ochlapując się wodą. Nagle paraliżuje ją krzyk Niemki, która wbiega z głównego wejścia.

– Jak ona się darła!… Pomyślałam: „Matko Boska, zabije mnie”. Porwałam kieckę i uciekłam. A różaniec został… na kranie. Jak mi się zrobiło strasznie.

Wyrzucała sobie, że niepotrzebnie szła się myć.

Wieczorem siedzą skulone na koi. Ona ze spuszczoną głową.

Jedna z koleżanek pyta: „Co ci jest, chora jesteś? Co cię boli?”. „Nic” – odpowiada Anna. „Powiedz, co ci dolega, to zaraz pójdziemy szukać jakiegoś ratunku.” „Nic mi nie jest.” „To czemu jesteś taka smutna?”

W końcu, powiedziała, że zostawiła różaniec. Koleżanka kładzie rękę na jej ręku i mówi: „Aneczko, a ty bez różańca nie będziesz się modlić?”.

„Jak to nie będę? Oczywiście, że będę!”

„No, widzisz. Ten różaniec mógł znaleźć ktoś, kto był już u kresu wytrzymałości i chciał ze sobą zrobić coś złego, unicestwić się. I znalazł ten różaniec, który mu uratował życie.”

REWIR

Któregoś dnia Annę zbudził bardzo silny ból głowy. Była jak sparaliżowana. – No, nie mogę iść, nie wytrzymam, bo mi się głowa zaraz połamie – wspomina.

Zgłosiła, że nie może pracować. Wysłano ją po pomoc lekarską. Więźniarka z Poznania rejestrująca chorych uratowała życie nie tylko Annie.

– Mówię jej: moja głowa, nie wytrzymam. A ona odpowiada: „Zaraz tu przyjdzie lekarka Niemka. Weź termometr”. Wzięłam, ale słyszę, że lekarka już weszła. Zaczęłam trzeć rtęć palcem, bo ktoś mi kiedyś powiedział, że wtedy podnosi się temperatura. Trę i trę, w ostatniej chwili wrzuciłam pod pachę i wchodzi ta Niemka, wyciąga rękę. Dałam jej termometr. Usłyszałam: „Uuuu! Na rewir!”. Widać musiałam natrzeć tej rtęci, że poleciała mi temperatura.

Dostała kartkę i została skierowana na rewir – zielone drewniane bloki po przeciwnej stronie mieszkalnych, zbudowanych z cegieł. Zamiast koi były tam piętrowe prycze.

– Oczywiście nikt mnie nie zbadał, nikt nie dał żadnych leków, tyle że leżałam na pryczy i nie wychodziłam na apel. Jedzenie przynoszono nam takie samo. Jak było więcej chorych, to leżały po dwie. Jedna w jedną stronę, druga w drugą, bo prycza wąska, więc przy mojej głowie były nogi drugiej pacjentki, a moje nogi, przy jej głowie. Każda chora na inną chorobę.

Później Annę zabrali na tył baraku i umieścili na środkowej pryczy. Jej stan się pogorszył.

– W nocy zaczęłam strasznie krzyczeć. Taki ból głowy, jakby chciała mi pęknąć. Bezwiednie wydobywał się ze mnie krzyk, którego nie byłam w stanie zahamować. Nie mogłam przestać i dziewczyny się wystraszyły, że jak ktoś z Niemców to usłyszy, wejdzie, rąbnie mnie kolbą i będzie koniec. Więc chociaż nie wolno było w nocy wychodzić, jedna ze sztubowych poleciała po lekarkę – również więźniarkę. Przyszła i zrobiła mi jakiś zastrzyk. I przestałam krzyczeć.

Nigdy nie dowiedziała się, co jej było, ponieważ nie została wtedy zbadana. Wróciła do swojego bloku, ale w czasie jej choroby zaprzyjaźnione więźniarki odeszły.

– Każda znalazła sobie miejsce w takiej czy innej pracy. Wtedy poznałam dwie młode dziewczyny, które zauważyły, że nie mam koi. „Chodź do nas – powiedziały – my jesteśmy na górnej koi, pod żarówką, mamy światło. Jest miejsce dla ciebie”.

Pochodzące z Łodzi dziewczyny przygarnęły Annę, za co była im bardzo wdzięczna. – Jedna ciut starsza ode mnie, Genia, a druga Bronia, była parę lat starsza. Zaprzyjaźniłyśmy się i byłyśmy jak rodzone siostry, jakbyśmy się znały od dziecka.

 

ŚWIADECTWO

Pogodę ducha i poczucie humoru Anna Szałaśna zachowała do dziś. Mimo koszmaru, jaki przeżyła, najwięcej opowiada o pozytywnych ludzkich postawach, z jakimi zetknęła ją obozowa rzeczywistość. I z poczuciem misji edukuje kolejne pokolenia. W październiku ubiegłego roku aż czterokrotnie wzięła udział w spotkaniach organizowanych na terenie obozu Auschwitz-Birkenau.

– Do Oświęcimia przyjeżdżają grupy niemieckie. W październiku były cztery grupy z Niemiec, nie uczniowie, tylko osoby dorosłe. Była i grupa francuska, także złożona z dorosłych. Tłumaczka tłumaczyła na bieżąco. Opowiadam tak, by mogli sobie wyobrazić, jakby tam byli. Tak jak pani opowiadam, w ten sam sposób. Żyłyśmy bez wody, bez piżamy, bez koszuli, bez ręcznika… Bez różnicy, Polka czy Żydówka. To była nasza codzienność.

 

Anna Szałaśna (1926) była też więźniarką KL Ravensbruck. Po zakończeniu wojny przebywała w Szwecji w ramach programu pomocy ofiarom nazizmu zorganizowanego przez Czerwony Krzyż i hrabiego Bernadotte’a. W 1946 r. wróciła do Polski. Po maturze w 1948 r. studiowała w Poznaniu muzykologię. W 1959 r. przeprowadziła się do Warszawy i jako etnomuzykolog rozpoczęła współpracę z Instytutem Sztuki PAN. Kierowała tam archiwum fonograficznym.

 

Kategoria: Aktualności Data opublikowania: 10 marca 2020 14:52