
czyli… o wyprawie Szczecin – Wybrzeże Zachodnie 1-9.06.2017.
Tegoroczna wyjazd nad morze z Kółka Turystycznego „20-stka” zapowiadała się burzliwie. Znaki na niebie i ziemi wróżyły zmienną pogodę, ciekawą trasę, moc atrakcji i jak zawsze świetne towarzystwo.
I tak było.
DZIEŃ 1 i 2
Pojechaliśmy oczywiście pociągiem. Oczywiście, że nocnym, jasne, że niewyspani, bladym świtem, pełni werwy i zapału, objuczeni plecakami wysiedliśmy na dworcu w Szczecinie i… jakaż mogła być odpowiedź na pytanie „Skąd jesteście?”. ))
Prościutko ruszyliśmy do naszego schroniska podziwiając po drodze płynące barki oczywiście Odrą i jasne, że obok dworca PKP. Po złożeniu naszych bagaży udaliśmy się na podbój miasta. Spacerowaliśmy Wałami Chrobrego, podziwialiśmy budynek filharmonii, paradę okrętów, które akurat tego dnia wpłynęły do portu w Szczecinie, odwiedziliśmy Akademię Morską, zatrzymaliśmy się pod Pomnikiem Stoczniowców z 1970 roku i odbyliśmy rejs statkiem wycieczkowym po porcie. Potem obiad, znajomość z Bełatą, która już nie odstępowała nas na krok w kolejnych dniach naszej wędrówki, i niesamowite spotkanie z księdzem – popem w cerkwi prawosławnej. W końcu zasłużone – najlepsze – lody w mieście i wieczorny spektakl – multimedialny pokaz fontann wzbogacony jakże ekscytującym występem naszych dwóch kółkowiczów. Tak objawiły się ukryte talenty w mieście zwanym Paryżem Północy.
Kolejny dzień to już przejazd do Świnoujścia, zdobycie latarni morskiej na drodze ku srebrnej Odznace BLIZA i … spotkanie oko w oko ze strasznym kapralem (majorem, majtkiem, admirałem?), któremu poddaliśmy się ufnie podczas zwiedzania Fortu Gerharda. Co to było za zwiedzanie! Pot lał się z nas strumieniami podczas musztry: w prawo zwrot, w lewo patrz, równaj szereg, naprzód marsz, pasowanie szpadą na obrońcę fortu, śpiew na cześć komendanta, który akurat tego dnia miał urodziny (podejrzewamy, że ma tak w każdym dniu zwiedzaniowym) i przejście nad bagnem po linie. Potem jeszcze na naszą cześć (i komendanta też) wystrzał armatni i już pędziliśmy do Międzyzdrojów by tam pokazać się wieczorową porą w Alei Gwiazd.
Made by Weronika.
DZIEŃ 3
Rano pobudka (leje), szybkie śniadanie i wymarsz o 9:00 do Kościoła św. Piotra Apostoła w Międzyzdrojach (nadal leje). Miała być wyprawa nad Jeziorko Turkusowe i Wzgórze Zielonka, ale cóż nadal pada. Bunkry i klify też muszą poczekać. Co robimy? Szybka decyzja i… kartka, długopis, głowa, i kalambury rozwiązane:). Prawie nie zauważyliśmy nadejścia pory obiadowej. Padło „gdzie jest najbliższy dostawca pizzy?” (odpowiedź : 74km stąd – szczegół), ale przecież są Trzy Siódemki))Za oknem trochę jaśniej, zatem w drogę, zmiana planów, idziemy do Wolińskiego Parku Narodowego. O jaki piękny plakat, czyżby jeziorko naprawdę było turkusowe?
Tysiącem drewnianych schodów wdrapaliśmy się na czubek Kawczej Góry. A na szczycie, podziwiając widoki z klifów, zabawiliśmy się w głuchy telefon, w którym Kuba Włoch nieźle namieszał. Wracamy przez las, a tu nagle grzmot, buuuurza! Nie ma jak peleryna Kierza! Czyżby pomieściła wszystkich? Udało się. Jesteśmy w cywilizowanym miejscu. Teraz trzeba się doprowadzić do porządku i wychodzimy na spacer po Międzyzdrojach. Jak w piosence „Aleją gwiazd, aleją gwiazd biegniemy, …”. Wieczorem wracamy do „Błękitnej Laguny” vel Ostrygi, wcale nam się nie chce spać. Niestety wieczorową porą Nasze Drogie Panie zmuszają nas do snu J
Made by Paulina.
DZIEŃ 4
O wczesnej porze pobudka i szybkie pakowanie przed kolejną przygodą. Wypoczęci lub też nie , udaliśmy się na przystanek autobusowy i szybciutko przyjechaliśmy do Wisełki . Tu rozpoczął się nasz długi spacer plażą, z plecakami, każdy swoim tempem, prowadząc gorące dyskusje w drodze, dotleniając się i jodując(?). Nawet nie spostrzegliśmy, gdy naszą drogę zagrodziła nam rzeka o nieprzypadkowej nazwie Dziwna. Byliśmy bowiem w Dziwnowie, obok dziwnego zwodzonego mostu, a nasz nocleg był przy ulicy Dziwnej , gdzie zostaliśmy bardzo miło przywitani przez właściciela domków. Wieczorny grill, kiełbaski, nocne podróże, dziki obok domków i sen przed kolejnym dniem wędrówki. Taki był ten Dziwnów.
Made by Kamila i Agata.
DZIEŃ 5 i 6
Po porannym śniadanku -pyszne bułeczki z pasztetem i hamburgery podgrzewane w mikrofali- wyszliśmy zwarci i gotowi na kolejną wędrówkę wzdłuż plaży. Tym razem nasz cel to Pobierowo i szkolne schronisko młodzieżowe „Fala”. Kilometry plażowe mijały nam szybko, szliśmy z wiatrem , nie było daleko, czas przyjemnie urozmaicali nasi dzielni kółkowicze opowieściami typowo morskimi o pysznych lodach, gofrach i kebabach. I tak w niedługim czasie stanęliśmy przed naszym kolejnym punktem noclegowym. Wieczór to moc atrakcji w postaci zachodu słońca, plażowego ziemniaka, sympatycznych Ukraińców i tenisa stołowego. Wszak nikogo nie bolały nogi i wszyscy byli wypoczęci przed kolejnym dniem.
Tym razem nasze opiekunki nas zaskoczyły zarządzając przejście plażą …bez plecaków. Jak tak można . Nad morzem, na piasku, na bosaka bez plecaka? Wyruszyliśmy w stronę Trzęsacza. Fakt. Zatrzęsło zaraz po raz pierwszy. Burza z gradem. Szybciutko z plaży, w las, pod jedną pelerynkę. Jak szybko przyszło, tak szybko poszło. Znów idziemy. Znów się chmurzy,. Ale jak! Istna kurtyna deszczowa. Na szczęście już widać na klifie ruiny kościoła. Tu szybka historia o świątyni, którą zabrało morze i znów uciekamy plażą przed burzą do Niechorza. Była szybsza, dopadła nas, pogrzmiało, pobłyskało się, polało i… wyszło piękne słońce. Już się wyłania dostojna latarnia, my do pana latarnika a tu… zamknięte, bo przecież burza. Cóż jeszcze kiedyś przyjdziemy, bo jak nie my, to kto?
Made by Kierzu i Kuba Włoch.
DZIEŃ 7 i 8
Ostatni dzień, wstaliśmy wcześnie rano, przed nasze schronisko przyjechał bus i zawiózł nas do Kołobrzegu. Tu odwiedziliśmy kolejną latarnię, muzeum skarbów morza, molo, falochron, katedrę. Wysłuchaliśmy historii obrony miasta w czasie II wojny światowej i podziwialiśmy statki dostojnie wypływające w morze. Na koniec dnia panie opiekunki sprawiły nam niespodziankę zabierając całą grupę do kina. Prawdziwego – bez popcornu, coli, z siedzeniami wyściełanymi i półleżącymi, miejscem na nogi (i plecaki), przemiłym panem bileterem (chyba też kinomanem z krwi i kości). A na jaki film? Oczywiście tematyczny, oczywiście morski, jasne że na topie – bo na „Piratów z Karaibów – Zemstę Salazara”.
Potem już był pociąg i niekończące się opowieści o Czarnej Perle, piratach, abordażach, plażach, burzach, wiatrach i śmiałkach pokonujących kilometry z plecakami na ramionach.
Made by Kubuś.
Powiatowy Zespół Nr 10 Szkół Mechaniczno-Elektrycznych