A
A

Wielkanocna wyprawa nad Bałtyk

Wielkanocna wyprawa nad Bałtyk

„ I powiał wiatr od morza…”
Wielkanocna wyprawa nad Bałtyk  7-12.04.2025

Dzień 1 – Przyjazd do Gdańska (czyli pocałunek w klamkę)
Zanim ruszyliśmy w drogę pociągiem, Zajączek Wielkanocny wpadł do nas z wizytą – jeszcze w Bielsku! Przyniósł czekoladowe jajka i dobry humor na całą wyprawę. Pełni energii i entuzjazmu dojechaliśmy do Gdańska, a pierwsze kroki skierowaliśmy na Długi Targ. Słońce, kamieniczki, turyści i… zamknięte drzwi. Dom, do którego chcieliśmy wejść, należał do niejakiego Uphagena bogatego mieszczanina. Pocałowaliśmy klamkę – dosłownie i w przenośni. Dzień zakończył się spacerem i filozoficznym pytaniem: „czy Uphagen naprawdę istnieje/istniał?”

Dzień 2 – Klify, latarnia i spacer po piachu
Z samego rana ruszyliśmy na północ – do Jastrzębiej Góry, czyli miejsca, gdzie Polska kończy się klifem. Widoki? Przepiękne. Wiatr? Przeszywający. Przeszliśmy przez Rozewie, podziwialiśmy latarnię i wspięliśmy się pod nią – podejście niczym w Tatrach. A potem długa, piaszczysta wędrówka do Władysławowa. Ktoś kiedyś powiedział, że spacer po plaży to relaks? Ktoś chyba nigdy nie niósł plecaka i nie szedł pod wiatr.

Dzień 3 – Hel- tam i z powrotem
Z Juraty na Hel – i to na rowerach! Zatrzymaliśmy się w Muzeum Rybołówstwa, dowiadując się wszystkiego o rybach, sieciach i tym, jak kiedyś łowiono dorsze. Na Cyplu zdjęcia, zachwyty i szybki zwrot – trzeba było wracać. Oczywiście na rowerze😊 Nogi może bolały, ale serca były radosne.

Dzień 4 – Sopot z przewodniczką
Sopot – miasto kuracjuszy, pierników (serio!) i… opowieści. Przewodniczka oprowadziła nas ścieżką trzech kultur: niemieckiej, żydowskiej i polskiej. Dowiedzieliśmy się, jak to kurortowe życie wyglądało przed laty, a także jak wygląda dzisiaj – trochę mniej elegancko, ale za to z goframi.

Dzień 5 – Mewy, foki i pustkowia
Ujście Wisły i rezerwat Mewia Łacha – brzmi egzotycznie? I było! Prawdziwe pustkowie: foki wylegujące się na piasku-jeśli ktoś dobrze patrzył, mewy wrzeszczące z wysoka i my, brodzący przez piach na Wyspie Sobieszewskiej.

Dzień 6 – Oliwa, organy i ostatni spacer
Na koniec odwiedziliśmy Oliwę. W katedrze podziwialiśmy organy, które chyba mają więcej piszczałek niż my kroków w nogach. Przeszliśmy przez Park Oliwski, zanurzyliśmy się w zieleni, a potem – niestety – czas było wracać. Pociąg, plecaki, pożegnania… ale w sercu: morze, piasek i obietnica, że jeszcze tu wrócimy.

Made by wszyscy uczestnicy😊

A teraz wersja bis:

„I powiał wiatr od morza…”, czyli sześć dni, których nie odzyskam

Dzień 1 – Gdańsk i klamka zapadła
Zaczęło się jeszcze w Bielsku – Zajączek Wielkanocny przyszedł z czekoladowymi jajkami. Miło? Owszem. Ale to był ostatni miły moment przez dłuższy czas. Potem była podróż do Gdańska. Długa, nużąca, ciasna. Gdy w końcu dotarliśmy, pierwsze co zrobiliśmy, to poszliśmy… pocałować klamkę. Dom Uphagena, do którego mieliśmy wejść, był zamknięty. Nikogo. Zero. Cisza. Piękny początek. Potem Długi Targ – tłum, gwar, zimno. Nogi bolały, a wciąż nie było gdzie usiąść. Super.

Dzień 2 – Klify, wiatr i piach w butach
Rano wyjazd do Jastrzębiej Góry. „Najbardziej wysunięty punkt Polski” – wielkie rzeczy. Było zimno, wietrznie i wszystko pod górkę. Rozewie? Klify? Tak, pięknie – jeśli się lubi walczyć z wiatrem o równowagę. Podejście pod latarnię morską przypominało karę boską. A potem plaża. Szeroka, piaszczysta, bezlitosna. I ten piasek – wszędzie. W butach, w kurtce, w duszy.

Dzień 3 – Rowerem na Hel (czyli ból siedzenia)
Rowerami do Helu – bo przecież kto by nie chciał przejechać 40 kilometrów z bolącą dolną częścią plecków na niewygodnym siodełku. Muzeum Rybołówstwa? Zimno, pachniało śledziem i rozczarowaniem. Potem cyplowanie wśród tłumów, zdjęcia „na pamiątkę” i powrót. Pod wiatr. Z powrotem na tych samych rowerach, z tym samym bólem. Cudownie.

Dzień 4 – Sopot i przewodniczka z pasją (czyli zbyt wiele słów)
Kolejny dzień, kolejny spacer – tym razem z przewodniczką, która miała więcej zapału niż wszyscy uczestnicy razem wzięci. Opowiadała o kurorcie, o kulturach, o historii… a ja liczyłem, ile kroków jeszcze do końca. Gofry? Były. Drogie i przeciętne. Ludzie? Tłumy. Aura? Nawet sypnęło śniegiem. Entuzjazm? Nieobecny.

Dzień 5 – Mewia Łacha i wielki marsz przez pustynię
Ujście Wisły. Rezerwat Mewia Łacha. Brzmi jak coś egzotycznego – i może by było, gdyby nie to, że trzeba było iść. Dużo i długo. Przez piasek, przez krzaki, przez wiatr, przez wszystko. Foki gdzieś tam były, oczywiste. Czułem się jak statysta w przygnębiającym filmie przyrodniczym.

Dzień 6 – Oliwa na do widzenia
Ostatni dzień. Oliwa. Katedra, park, organy. Gdyby nie zmęczenie, może bym docenił. Ale wtedy myślałem już tylko o powrocie do domu. W pociągu ulga – w końcu mogłem usiąść bez planu marszu na horyzoncie. Czy było warto?  Jasne- nigdzie nie poczujesz takiej adrenaliny.  Ale jeśli jeszcze kiedyś usłyszę „idziemy na spacer po plaży” – to chyba zacznę biegać w przeciwną stronę.

Jak myślicie-która wersja jest prawdziwa? 😊

Kategoria: Aktualności, Kółko turystyczne 20-stka Data opublikowania: 26 maja 2025 14:59